Małe Ciche

Kwatery w Małym Cichym na Podhalu

Jak przeżyć na wyciągu

Wyciąg narciarski jest całkiem niezłym wynalazkiem. Wszystko jest dla ludzi, także coraz nowocześniejsza infrastruktura narciarska pod Giewontem, dlaczego alpejskie kurorty mogą mieć tak cywilizacyjnie, a my nie? Wyciągi więc ciągle się udoskonala i dobudowuje się nowe. Jest tylko mały problem, są sytuacje, gdy widmo zamarznięcia, dajmy na to, osiem metrów nad ziemią staje się nagle całkiem realne, mimo, że znajdujemy się na świeżuteńko upieczonym wyciągu narciarskim krzesełkowym. Bo takiego dylematu nie mają narciarze, którzy utkną, na ten przykład,  wysoko nad ziemią w gondoli kolei linowej i, w razie czego, razem z nią spadną, jak to miało miejsce parę lat temu w ośrodku narciarskim w Kanadzie –  prosto na podwórze schroniska nadleciała gondola z przerażonymi pasażerami w środku. Na rozmyślanie jak przeżyć nie ma wówczas zbyt wiele czasu.

Inaczej było 21 stycznia tegoż roku w Bukowinie Tatrzańskiej na Rusińskim Wierchu. Preferowany tam wyciąg, to bynajmniej nie gondola, która ewentualnie może zlecieć, lecz krzesełka, na których w razie przymusowego postoju się marznie i myśli jak przetrwać. I tak się marzło zachodząc w głowę co to będzie 21 stycznia na Rusińskim. Przez źle naciśnięty guzik. Pracownik nacisnął, guzik  przymarzł, a że to przycisk do zatrzymywania wyciągu w razie awarii, więc zatrzymał urządzenie na dobre. Pracownik spanikował i zaczęła się prawdziwa tragi komedia. Tak w skrócie i z humorem. TOPR, Straż Pożarna nadciągli, jak tylko się dowiedzieli, a dowiedzieli się dopiero wtedy, gdy pracownicy wyciągu stwierdzili, iż zagadki awarii mogą nie rozwiązać nawet za sto lat. Rozwiązał ją dopiero szef wyciągu naciskając magiczny guziczek.     

 Krew w żyłach mroził nie tylko mróz w 2008 roku w Istebnej na wyciągu krzesełkowym “Zagrań”, ale i rewelacje związane z eksploatacją nowonarodzonego obiektu, który zablokował się razem z pasażerami na fotelikach na dobre. Podówczas pasażerowie wyciągu wisząc w powietrzu całkiem wysoko mieli wiele czasu na dokładną analizę sytuacji w jakiej się znaleźli i jaka ich ewentualnie jeszcze mogłaby spotkać. Refleksje dotyczyły także kwestii jak nie zamarznąć, przeżyć i czy wogóle ktoś, coś robi, bowiem mijały godziny za godziną i jedyna zmiana jaką można było zaobserwować z lotu ptaka, to zapadający zmierzch i coraz większy mróz.  

Ci, którzy utknęli na krzesełkach w miejscu pod osłoną lasu, bądź tam, gdzie ewentualnie możnaby wyskoczyć na łeb, na szyję mogli mówić o pewnego rodzaju szczęściu. Gorzej miały na przykład dzieci, które marzły na owym “Zagraniu” w szczerym polu wisząc nad ziemią parę metrów. Koszmar ofiar nowootwartego wyciągu w Istebnej pogłębiał dodatkowo fakt, iż sami musieli sobie podzwonić do Straży Pożarnej, bądź GOPRu, bowiem właściciel wyciągu uparł się, że pokaże klasę i naprawi wszystko sam.  A przecież, naprawi sam, czy nie naprawi, GOPR czy Straż można było wezwać, zwłaszcza, iż po dziesięciu minutach od ewidętnej awarii wyciągu można sprawę zaalarmować odpowiednim służbom. 

Aby więc dokonać wyczynu w Istebnej i przeżyć na wyciągu zmarzniętego po trzech godzinach na kość należało : samemu podzwonić z własnej, przymuszonej inicjatywy tu i tam, mimo wszystko nie skakać na łeb na szyje, zwłaszcza z ośmiu metrów nad ziemią. Nie zachowywać “zimnej” krwi,  zachowywanie ”zimnej” krwi nie byłoby raczej  wskazane w obliczu siarczystego mrozu. Tu przydałaby się bezcenna podówczas herbatka gorąca w termosie, gdzieś na dnie plecaka schowana – człowiek dałby za nią w taki ekstremalny moment wszystko.

W końcu dramat w Istebnej zakończył się pomyślną ewakuacją 150 osób przy sprawnej akcji ratunkowej chłopaków z GOPRu i Straży Pożarnej, którą wreszcie wyciąg zawezwał. Nie obyło się ponoć bez wpadek – strażacy, wg relacji naocznych świadków, rozpoczęli akcje nie mając uprzęży, a drabinki ciut krótkie. Zato gospodarze “Zagrania” zafundowali poszkodowanym gorącą herbatkę – miejmy nadzieje z ”rozgrzewaczem”. Należy jednak się obawiać, że herbatka nie wystarczyła w takiej sytuacji, by sprawa nie trafiła na wokandę wymiaru sprawiedliwości.

Parę dni temu nad ziemią powisieli sobie narciarze w Ustroniu na wyciągu “Palenica”. Lecz po doświadczeniach z Istebnej ofiary nie musiały z taką desperacją analizować sposobów na przeżycie marznąc w powietrzu całkiem mroźnym. Akcja poszła sprawnie i dotyczyła kilkunastu osób, a nie 150 jak na “Zagraniu”. “Palenica” może także śmiało poskarżyć się na ENION, bowiem to on miał awarie z konarem drzewa w roli głównej na przewodach elektrycznych, sam obiekt sportowy nie wywinął więc żadnego numeru, przykładowo ze źle naciśniętym guzikiem. No pomijając parę niedociągnięć.  

Drogi narciarzu jeśli pragniesz skorzystać z narciarskich wyciągów choćby w Tatrach, zawsze miej ze sobą jadąc na krzesełku koc, ciepłą herbatę w plecaku, komórkę świeżo naładowaną i jakieś środki psychotropowe!